zpwb urzędasa

jesio nie znaju szto eta żizń

Śledź tego bloga
Dzisiaj 7:24

Po kilku minutach szukania tego komisariatu, na przejściu dla pieszych usłyszałem, że ktoś mówi po polsku. Podszedłem do tych ludzi i zagadałem w ojczystym języku:
-     Dzień dobry
-    Cześć. Jestem Józek Olszewski – mówi pan w okularach , średniego wzrostu około pięćdziesiątki, ubrany w czarny garnitur, niebieską koszulę i krawat tez niebieski ale w paski ułożone po skosie.

Michał juz wchodził na pasy ,
-     Ej Michał zaczekaj – zawołałem do niego – tutaj są Polacy, może pomogą nam

Michał zawrócił po czym przywitał się z ziomalami z kraju nad Wisłą, spotkanymi przypadkowo na przejściu dla pieszych w Paryżu. Wytłumaczyliśmy panu w garniturze pochodzącemu jak sie potem okazało z Wrocławia i mieszkającego już 26 lat we Francji, że zostaliśmy rano okradzeni. Pan Olszewski zaproponował, że nam pomoże. Właśnie skończył wykład do społeczności świadków Jehowy i ma sporo wolnego czasu.  Poszliśmy razem do komisariatu, jednak na miejscu okazało się, że komisariat został przeniesiony, czego za Chiny Ludowe byśmy nie zajażyli bo informacja o przeniesieniu   była po francusku. Świeżo poznany Polak znał francuski i za pięć minut byliśmy na Komisariacie Policji dla dzielnicy nr 20 w Paryżu. Po drodze na komisariat  pan Olszewski witał się z kilkoma osobami na ulicy, co sugerowało, że jest tutaj osobą znaną. 

Na policji, przy stanowiku dyżurnym Józef po francusku opisał pani Policjantce naszą sytuację, że jesteśmy ofiarami (victimą) kradzieży. Po pół godzinie czekania młody oficer w białej koszuli zaprosił nas do gabinetu na spisanie raportu. Okazało się, że policjant ma Polskie nazwisko Kazmierczak i polskie pochodzenie. Józef ponownie przetłumaczył całą sprawę, co oficer wklepał do komputera. Po chwili policjant zagadnął po polsku.
-   Ja mówię trzy słowa po polsku: krowa, świnia i pies... i jeszcze obiję ci twarz.


  Zaśmialiśmy się bo te słowa znał nie z przekazu od dziadka tylko z kontaktu służbowego z Polakami w Paryżu. Oficer Kazmierczak wydrukował 3 egzemplarze raportu, z czego jeden złożony  z 8 stron  przekazał po podpisaniu Michałowi. Na pierwszej i ostatniej stronie podbił papiery dużą okrągła pieczęcią z napisem POLICE de PARIS. Jeszcze na koniec Józef zagadał do oficera, że mógłby być zawodowym tłumaczem na ich posterunku, na co Kazmierczak stwierdził, że to możliwe i potrzebne, tylko trzeba zdać państwowy egzamin. Później Olszewski zdradził nam, że taka fucha jest cztery razy bardziej bardziej popłatna niż jego obecna profesja. Dał jeszcze do przeczytania Policjantowi zdanie po polsku z własnomyślnie ułożoną fonetyką, które brzmiało:
„Jestem bardzo szczęśliwy, że miałem okazję Was poznać”

Po tej sympatycznej wymianie zdań pożegnaliśmy się z Oficerem Kazmierczakiem i wtedy Józef zaprosił nas na obiad do chińskiej knajpy.

U CHIŃCZYKA w La Paris

-  To moja ulubiona knajpa- mówi do nas.
      W środku zrobiliśmy zdjęcie jego I-phonem, ja nakręciłem na swój telefon filmik dwudziesto trzy sekundowy. Pomyślałem, że dobrze byłoby dać to na internet to sobie ludziska pooglądają.
Józek wybrał sobie danie i dał propozycję:
-   Może wybierzecie sobie chłopaki co chcecie zjeść...
Ja mówię
-  dla mnie to samo co ty zamówiłeś
   Michał też wziął to samo, więc Chińczyk przygotował 3 razy ziemniaki podsmażone, trzy razy sałatka z czegoś podobnego do brukselki i trzy razy jakiegoś śmiesznego mięsa po chińsku.  Zasiedliśmy przy stole pod ścianą na końcu knajpy i Józef  zaskoczył nas pytaniem:
-   Czy nie będzie Wam to przeszkadzało, że sie pomodlę przed jedzeniem i w Waszym imieniu też podziękuję Bogu za to, że mogłem Wam pomóc i za to jedzenie, które da nam siłę żyć i pomagać innym.
-    Oczywiście, że nie będzie nam przeszkadzać – zgodnie przytaknęliśmy z Funczasem.  Po krótkiej chwili, kiedy Józek skończył modlitwę, Chińczyk podał nam jeszcze dzbanek wody, która jest tu dodawana do posiłku za darmo. Była już godzina siedemnasta a my od rana bez jedzenia dlatego spałaszowaliśmy z talerza wszystko co było do czysta. U Józefa trwało to dłużej, bo cały czas gadał, mając nawet jedzenie w ustach. Pochwalił się, że jest tutaj w Paryżu biskupem Świadków Jehowy i że opracował fajne ćwiczenia fizyczne na utrzymanie ciała w dobrej kondycji i sportowym a nawet młodym wyglądzie. Mieszka             z dorosłym synem nieopodal w bloku i przyjechał do Paryża  z Polski w czasach kiedy jeszcze panowala tam głęboka komuna. Sam był przedstawicielem PZPR-u w latach siedemdziesiątych.  Na koniec monologu rzekł, że w Francji jest zarejestrowanych  kilkadzisiąt sekt a Świadkowie Jehowy są na pierwszym miejscu na tej liście. Trochę mnie zaskoczył tą informacją.

Jak zauważyłem, rachunek za ten poczęstunek, który pokrył oczywiście Józek, opiewał na 42 euro. Tylko raz w życiu wydałem taką kasę na żarcie, kiedy na loterii andrzejkowej w Pabie „Przystań” wygrałem los na „kolację we dwoje” w oberży „Siedem Smaków” w Myślenicach za 200 złotych. hehe.

„KRÓLESTWO” Jehowych w Paryżu
 Po jedzeniu Józef zaproponował, że odwiezie nas i że chce też obejrzeć biblię o której rozmawialiśmy przy jedzeniu w chińskiej knajpie. Rzucił jeszcze propozycję, że jak chcemy to możemy iść do ich sali, zboru Świadków Jehowy, którą nazywają „Królestwem”. Przytaknęliśmy z Michałem tym pomysłom zgodnie, szczególnie, że po tej kradzieży żadnych wypadów na wieczór nie planowaliśmy.

           W ich „Królstwie” była cała banda ludzi i cieplutko, co poczułem zaraz bo na polu był chłód i deszcz tego niedzielnego popołudnia. Murzyni,  Japończyk, biali, Senegalka i Finlandka- przywitaliśmy się z całym plutonem ludzi różnych ras.  Nasz nowy  znajomy był tam powszechnie znany i lubiany. Wyjaśnił tym ludziom, że spotkała nas kradzież pieniędzy, że przyjechaliśmy z Krakowa i chcemy jechać dookoła Europy. Wtedy jeden ze świadków jehowy rasy białej wyglądający na francuza, wyciągnał portfel, wyjął z niego banknot 25 euro i daje Michałowi.
-    thank you, thank you, never mind –(dziękuję, dziękuję, nie ma sprawy) mówi Michał
      Francuz za chwilę podszedł do mnie z tą kasą i mnie daje ten banknot. Nie powiem, że nie miałem ochoty wziąć tej kasy, bo byłoby na opicie smutków wieczór, pomyślałem, ale też nie wziąłem, tak jakoś honorowo.  W „Królestwie” pobyliśmy około pół godziny, poznaliśmy dość fajne dziewczyny, uśmiechnięte i fajnie ubrane, między innymi Anne, którą później jeszcze spotkaliśmy na drugim końcu Paryża.  Józek odwiózł nas do kampera i wpadł tylko się coś napić, ale zaczęło lać i zagościł jeszcze półtorej godziny na przednim siedzeniu, opowiadając i przekonując Michała co do racji wiary  w Jahwe – Boga Świadków Jehowy.
    Na koniec wizyty Biskup Olszewski poprosił, żebyśmy dali mu adresy mailowe to wyśle nam zdjęcie z knajpy chińskiej. Sam też dał  nam swój  e-mail, żebyśmy napisali co u nas słychać, jak dalsza podróż. W końcu pożegnał się, wsiadł do swojego granatowego Reno i odjechał w pokoju.

- Mnie się wydaje, że ten portfel jeszcze się znajdzie – powiedziałem do Michała, wykładając nogi na przednią szybę.

Kiedy się ściemniło, trochę zmęczeni całym dniem wrażeń, postanowiliśmy iść spać. Michał rozlożył swoją leżankę na poziomie „zero” i wstrząsnał śpiworem w celu posłania swojego wyra.

Ze śpiwora na podłogę wypadło brązowe coś. To coś okazało się  być zaginionym rano portfelem.

9 maja 2012

Pierwsza pobudka w Paryżu odbywa się przy sympatycznym warkocie śmieciarek, które mają tu chyba jakąś bazę, bo widzę aż trzy sztuki tych zielonych  samochodos.

Jesteśmy zaraz obok stacji metra o nazwie „PORTE de BAGNOLET” na ulicy BOULEVARD MORTIER 7.Kręci się tu sporo ludzi, dużo czarnych. Wstałem  o ósmej rano. Jak się ubierałem i przekładałem ubrania to z bluzy Michała wypadł portfel. Mówię do niego:

-          Ej Władek, wypadł portfel z bluzy, kładę go tu na fotelu.

     Michał coś mruknął przez sen, a ja poszedłem do pobliskiego parku na toaletę. Tam gdzie poszedłem było pełno padłych gołębi. Potem na placu budowy znalazłem książki francuskie, które zabrałem. Jak wróciłem do auta to Michał wstał z łoża. Zjedliśmy śniadanie i zaczęliśmy sprzątać. Przy sprzątaniu okazało się że portfela nie ma. Przeszukaliśmy całego kampa, niestety  bez skutku.

Było w nim 400 euro, dwie karty bankomatowe i jeszcze polskie prawo jazdy Michała. Szczęki nam opadły. Za jakieś pół godziny podszedł do auta wysoki  czarny gość w wieku około dwudziestu lat. Zagadał do nas czy mamy marihuanę. My na to, że nie. Wtedy Murzyn pyta:

-          Czy chcecie marihuanę?

-          Nie chcemy, ani marihuany ani nic innego- odparł Michał

Ciemnoskóry Paryżanin wyciągnął telefon, puścił na nim muzykę, położył telefon na fotelu w kamperze, przystanął przy otwartych drzwiach i zaczął sobie słuchać. Za chwilę poprosił o papierosa. Dałem mu tego peta, którego sobie odpalił i zaczął bujać się z nogi na nogę przy aucie. Był dobrze naćpany, bo nic go nie obchodziło poza tą muzą i petem. Michał mowi do mnie:

-          Ty, może to on wziął ten portfel i teraz go ruszyło po maryśce i chce oddać.

-          eee, raczej wątpię – odparłem

Michał wyraźnie wkurzony obrócił sie do murzyna i mówi:

-          Sorry, I must to closed the car (Przepraszam, muszę zamknąć auto)

-          OK, OK – odparł Murzun, przesuwając zamglony wzrok z nikąd na Michała, po czym sięgnął po swój  telefon, powiedział „Good night” (dobranoc) i odszedł.

-          Ładne ma poczucie czasu –mówię – jest godzina dziesiąta rano a ten już  jest przy wieczorze.

Taki był pierwszy poranek w Paryżu, jak na razie tłocznym i zaśmieconym mieście- przynajmniej w miejscu gdzie parkujemy, na ulicy Boulevard Mortier 7.

Okazało się, że wczoraj na paryskim stadionie FRANCE był jakiś mecz piłkarski reprezentacji Francji, dlatego był taki tłok  w mieście.

Obserwuję, że Paryżanki to ładne i zgrabne dziewczyny, prawie  takie jak Polki. Jest dużo czekoladówek. :-)

Jest godzina trzynasta, od porannego zajścia z portfelem siedzimy ciągle w aucie. Michał pozastrzegał obie karty bankomatowe przez internet i uzupełnił bloga, którego nazwał www.211dni.wordpress.com. Podobno w Myślenicach śledzą naszą wycieczkę to będą mieli info o przykrej przygodzie.

Po chwili zadzwonił na numer alarmowy 112. Zgłosiła się paryska policja. Michał zapytał, czy może mówić po angielsku, na co uzyskał zgodę i  w tymże języku zgłosił kradzież.  Pani Policjantka z drugiej strony słuchawki podała adres pobliskiego komisariatu policji z poleceniem, żebyśmy się tam udali zgłosić kradzież i wypełnić raport. Było to gdzieś obok stacji metra, podobno gdzies niedaleko. 

23 kwietnia 2012

Jadąc na tak zwanego „czuja” przez Szampanię spotkaliśmy wreszcie pola winogron... niestety już zebranych. Zagadałem do miejscowego gospodarza Francuza zamieszkałego koło upraw w języku angielskim. Sympatyczny z pyska  Francuz oczywiście nie znał żadnego języka oprócz francuskiego, ale z pomocą książeczki pt. „Szukam pracy we Francji” doszliśmy do porozumienia. Na moje pytanie o pracę przy zbiorze winogron odpowiedział:
-          In Szampania finite e trawaj le wadaż. (W Szampanii skończone zbiory winogron :-)

I tak znaleźliśmy robotę w Szampanii.
Pojechaliśmy na stację zatankować ropę, która tu ukrywa się pod nazwą „gazole diesel” i przy okazji uzupełniliśmy zapas wody przeznaczonej do konsumpcji, a także do chłodnicy bo okazało się, że woda chłodząca silnik gdzieś wsiąka i co 200 kilometrów trzeba dolewać.

Puszysta blondyna obsługująca kasę na stacji bez problemu zezwoliła nam na nabranie dziesięciu litrów wody, co wcale nie jest takie oczywiste, bo w Niemczech facet  wymagał opłaty za wodę. (Kaine geld-kaine wasser -/nie ma pieniędzy-nie ma wody/). Po zaspokojeniu podstawowych czynności fizjologicznych dla ciała i dla auta ruszyliśmy w dalszą trasę w kierunku Paryża.

Przed Paryżem zestrzelił nas fotoradar. Michał jechał 80 km/godz. a było ograniczenie do siedemdziesięciu.

-------------x----------

PARYŻ – pierwszy parking

Jesteśmy w Paryżu- zatłoczonym i pełnym ruchu tak motorowego jak i pieszego. Wjechaliśmy w to miasto o godzinie osiemnastej, a krążyliśmy do dziewiętnastej, żeby znaleźć jakieś miejsce do postoju za free. Jesteśmy obok dużego ronda i 400 metrów od Rolland Garros Squer. Teraz jak to piszę jest już dwudziesta a korek wcale nie spuszcza z natężenia. Mamy tu zamiar zostać tylko nie wiadomo, czy ktoś nas nie przegoni bo wszystkie auta zaparkowane obok nas mają jakieś karty parkingowe za szybą, a nasz dwudziesto czteroletni Wolswagen Westfalia  jedynie śmieszny wygląd zwracający uwagę przechodniów.

Robi się ciemno, zbieramy się do obiadokolacji, jak zwykle od dwóch tygodni zupki chińskie i ziemniaki rodem jeszcze z Polski. W Radio nastawiona jest francuska stacja FIP- grają jazzową nutę. 

20 kwietnia 2012

Bruksela to duże miasto- w końcu stolica Unii Europejskiej i Parlamentu Europejskiego. Od razu rowerzystom czyli nam daje popalić ruch uliczny. Do centrum mieliśmy 6 km. Dojechaliśmy tam w 20 minut ale bez pierwszeństw przejazdów jak w Amsterdamie.

Zwiedziliśmy kilka miejsc , zrobiliśmy parę zdjęć, między innymi pod budynkiem Komisji Europejskiej – przy takich fajnych rzeźbach młodych panienek w różnych pozach, na łące, w tańcu. Byliśmy na ulicy gdzie są same knajpy po obu stronach. Najechaliśmy na pomnik bohaterów wojen, taka wysoka kolumna a przy niej dwa lwy. I w końcu trafiliśmy na tych, których śladem podążamy czyli Don Kichota i Sancho Pansy z Manchy.hehe :-). A stało się to zupełnie z przypadku, Michał skręcił w jakąś uliczkę a tam Don Kochot i Sancho na swoich zwierzakach, rycerz na koniu a Sancho na ośle. Mieliśmy z tego sporo śmiechu bo jak wyjeżdżaliśmy z Myślenic to właściciel często odwiedzanego przeze mnie baru „Przystań Pub” niejaki Bartek Ch. śmiał się, że w podróż jedzie Don Kichot czyli Michał i Sancho Pansa czyli ja w poszukiwaniu swoich Dulcymei.

Napisaliśmy pod tym pomnikiem  kartkę  do Pabu nawiązując w jej treści do słynnego rycerza walczącego z wiatrakami i pozdrawiając ekipę z pabu „Przystań”. Sporym zaskoczeniem było kiedy Michał  kupił w miejscowym sklepie  4 ciastka wielkości naszych herbatników a pani zza lady policzyła mu za nie  6 euro. „Raz się żyje cholera” stwierdziliśmy i przegryźliśmy te specjały brukselskiego cukiernictwa.

Mieszkańcy Brukseli to ludzie raczej spokojni ale bardziej uśmiechnięci niż w Holandii, czy w Niemczech. Można spotkać na ulicy obcą osobę, która uśmiechnie się tak bez przyczyny. Po prostu tak sobie bez specjalnej okazji (np. wygrania 100 tysięcy euro) okaże radość. W mieście jest dużo sklepów z płytami winylowymi.

18 kwietnia 2012

Jest południe – wyjeżdżamy z parkingu z Amsterdamu, jedziemy do Brukseli- stolicy Belgii.
-------x------

Jest godzina 16.30 – Funczas kieruje a ja się trochę zdrzemnąłem. Zatrzymaliśmy się w Rotterdamie. Na stacji benzynowej wody nie można brać , ale przy stadionie Feyenordu w centrum sportu zapytałem dziewczyny po angielsku:
-          Is here toilet? (czy jest tu toaleta?)
-          Yes, of course (tak, oczywiście) – odparła i wskazała mi przejście. Tam były solidne umywalki i tam też nabrałem 5 litrów wody do plastikowej butelki. Dziś ma być obiad z ziemniaków zakupionych jeszcze w Polsce. Z Rotterdamu przejechaliśmy przez tunel pod wodą. Jedziemy do Brukseli przez Antwerpię.

----------x---------

Jest godzina 18.30- przejechaliśmy właśnie granicę Holendersko-Belgijską. Belgia przywitała nas burzą. Późnym wieczorem docieramy do Brukseli. Funczas kierował, jak zresztą od początku wycieczki, a mnie coś wzięło na drzemkę, może przez tą pogodę bo cały czas kropi sobie deszcz. Zatrzymaliśmy się 5 km od centrum przy parku, a raczej wychodku dla piesków i banku ING, ale chyba jutro rano przed dziewiątą trzeba będzie zmienić miejsce bo na parkomacie pisze, że opłata od 9 do 13-ej  wynosi bagatela 15 euro. :-)

 

dzień 8 Piątek – 24.09.2010r BELGIA – Bruksela

Rano pobudka i wyjazd z parkingu płatnego już o 8.30 na parking bezpłatny, który znalazł Funczas  dwa kilometry dalej. Ponieważ zbliżamy się powoli do Francji krainy winogron, to napisałem wczoraj esa do Kaśki Miodzionki Serafin z Myślenic, która prawdopodobnie przebywa obecnie we Francji na winobraniu z pytaniem o robotę i do kiedy tam są. Ale nie odpisała mi. Wysłałem też esa do Krysti  z pytaniem kiedy mam termin wypłaty zasiłku z UP Myślenice. Szczuplutka Blondi  odpisała: „termin na 8.10.2010r ; wypłata zasiłku: od 14.11.2010r

„Dzięki Dziewczyno” – odpisałem jej od razu – jeszcze sporo czasu czekania na gotówkę. Na razie jedziemy na konto Michała, moje pieniądze maja dopiero nadejść. 

7 kwietnia 2012

Amsterdam - Polka z MOULIN ROUGE

 

Jest  godzina 19-ta czasu polskiego. Tutaj chyba ta sama godzina, bez przesunięć. Na moim „Timexie” od Renarda wskazówka jest na dziewiętnastej.

Wróciliśmy  ze zwiadu po Centrum Amsterdamu. Mieliśmy tu dwa polskie akcenty. Pierwszy kiedy Michał kupował kartki pocztówki w  sklepie, to laska za ladą zapytała go:

-          Where are you from? (skąd jesteś?)

-          From Poland (z Polski)– odparł Michał też z angielska

-          To witaj w Amsterdamie – mówi już po polsku kobieta zza lady, która okazała się być Polką żoną Holendra- właściciela tegoż sklepu.

Drugi akcent polski był trochę luźniejszego pokroju... Po kilku minutach poszukiwań znaleźliźmy się na tak zwanym Red District Light, czyli Amsterdamskim Moulin Rouge. Przechodzimy tak po tej ulicy położonej wzdłuż rzeki, oglądamy dziewczymy prezentujące swoje organizmy odziane li tylko w bieliznę, czasem li tylko w majtki. Na polu jeszcze całkiem jasno bo godzina 16-ta więc widoczność na pięć. Zestaw ciał bardzo różny, od młodych szczupłych ładnych dziewczyn po stare cycate baby prezentujące sie w szklanych kabinach na Moulin Rouge.
......

Centrum Amsterdamu

Potem poszliśmy jeszcze do coffe shopu  wzdłuż takiej fajnej ulicy o nazwie. FNIEUWENDIJK. Michał wszedł kupować a ja filmowałem. Knajpa w czerwonym kolorze a przy bufecie wybór kilkunastu rodzajów „maryśki” w cenie od 3 do 50 euro. Kompan z podróży kupił 1 gram gandzi co kosztowało go 7 euro i taką ładną czerwoną lufkę z napisem „Amsterdam” za drugie 7 euro. Wysłałem stąd kartkę do Agnieszki i wysłaliśmy też wspólnie z Michałem do pabu „Przystań” tym razem z Amsterdamu, wcześniej wysłaliśmy z Berlina. A jeszcze jedną poślę jutro do Urzędu Pracy w Myślenicach.

Amsterdam zadziwia spokojem, dużą mieszanką ras i mnóstwem rowerów i kanałów wodnych, gdzie przewija się sporo ludzi i łodzi.

Jest godzina 22.00. Funczas konwersuje przez „facebooka” z Polską, gdzie znajomi śledzą nasza trasę przez bloga i facebooka. Pogadał właśnie z Paolą i Okiem – śmieją się z naszej wizyty na Moulin Rouge.

Za chwilę będziemy próbować tej gandzi amsterdamkiej o dźwięcznej nazwie „white window”, pasującej do nastrojów  Michała  po zażyciu tegoż specjału.

O sobie:
dzik brazylijski
Znajomi (0):
Brak znajomych.
Do góry
O Nas Kontakt
Reklama w Miasto-info.pl
Patronat medialny Logotypy
Polityka prywatności Regulamin
Partnerzy
© miasto-info.pl